I koncert w berlińskim klubie magnet. Cholernie dobrym klubie, wypadałoby dodać.
Oprócz tego, że był to mój pierwszy koncert na jakim bylem w Berlinie (wstyd się przyznać, jak się mieszka zaraz przy granicy), był to też z pewnością jeden z lepszych koncertów w życiu. Jedynym minusem tak naprawdę była scena, która imho niepotrzebnie rozdziela muzyków od widza, ale to juz inny temat.
Zespół poznałem w 2007, dzięki składance wydanej przez punknews.org z okazji aktualnej (wtedy oczywiście), 6 edycji festiwalu o wiele mówiącym tytule The Fest. O składance z kolei dowiedziałem się z bloga Mitch’a Clem’a, który to jest twórca okładki do w/w. Tak na boku – praktycznie każda kapela z tej składanki warta jest odnotowania, a szczególnie wielkie SHOOK ONES! ale o tym kiedy indziej (dużo tego keidy indziej, jeszcze dojdzie do tego, że będe tego bloga prowadził regularnie)
W każdym razie – najpierw był kawałek ze składanki (Wooderson bodajże), potem – totalnie bujający i do dziś jeden z moich ulubionych kawałkow w ogóle “I’da Called You Woody, Joe”:
No i czas przyszedł na poznanie płyty. I choć wiele można o ich muzyce powiedzieć – o powiązaniach, poszczególnych piosenkach, tekstach – tak naprawde nie ma to sensu. Prosta przyczyna – nie da się opisać klimatu który posiadają ich obydwie dlugograjki, tak samo zreszta jak epki. I pewno – obydwie mają kawałki troche zaniżające poziom całości, ale naprawdę trudno sie czepiać o to chłopaków, bo jednak każdy numer, bez wyjątku, ma to magiczne “coś”.
no posłuchajcie tylko:
Widzicie? Bo ja widze.




Najnowsze komentarze